Koniec. 2012-01-16 23:38:20

Nikogo, z tych co jeszcze tu zaglądają, nie zaskoczy chyba ten wpis. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że wyczerpała się moja era blogowa. Przeciągało się to, przeciągało, ale też niełatwo rozstać się z czymś, co z równą niepewnością powstawało. 

 

I choć wzdrygam się nieco, to należy jednak podziękować czytelnikom za ich czytelnictwo. Wprawdzie początkowo ciężko było mi to przyjąć do wiadomości, a jednak nie ma bloga bez czytelników! Tych wiernych i przypadkowych, którzy jeśli już się pojawią, to napędzają całą maszynę, dodając chęci i potrzeby pisania. Wkurwiają, gdy znikają i przestają czytać, ale cóż zrobić? Umyślnego z wirusem za nimi nie wyślę! 

 

Zamyka się blog dokładnie tak samo, jak otwierał. Coś się miesiącami drapie po głowie, dojrzewa, aż któregoś dnia, bez szczególnej zapowiedzi, przełomu, w końcu się wypełnia. I kończy się coś, jak to zwykle w życiu bywa, bo coś innego się zaczyna. Zmiana. Lepsza? Gorsza? Chujowa! Jak to zmiana!

 

Blog nie zniknie bezpowrotnie, nie uczynił mi złego, żebym miała po nim mosty palić. Będzie sobie wisiał i dręczył moją świadomość swoim niezapomnianym istnieniem. Może znów coś kiedyś się skończy, a coś innego zacznie. Znikną, bądź powstaną nowe ciężary i coś znów upomni się o wypowiedzenie. Póki co jest żal zmieszany z rozczarowaniem (trudno powiedzieć czym), ale i ulga ogromna. Dziwne. Ale nie oszukujmy się, kiedy ostatnio spodobał się Wam jakiś tekst? I nie oszukuj się miso, kogóż się pytasz? :) Blog zdechł już dawno temu, więc ten ostatni rok jest jak drgawki pośmiertne. Trochę to śmieszne, mocno nieskładne, chaotyczne, ale głównie bez sensu. Źle mi tu, a to zły znak, albo po prostu jednoznaczny znak, że to już nie moje miejsce, nie moje buty. 

 

Na koniec Paweł, który od początku zajmuje tu szczególne i nienaruszalne miejsce. Ponieważ już nie napiszę, jak napisać bym w przyszłości miała, a być może nawet tradycyjnie zapomnę, dlatego już teraz życzę Ci wszystkiego najlepszego z okazji urodzin :D Jak firma delegację da, a szkolenia się ułożą, to znów zobaczym się przy martini :) 

 

Pozostaję w ukłonach i wdzięczności

kobieta misa-san 

 

PS O i jak pięknie wyszło! Pierwsza notka w nowym roku! :)

PS A nie, coś pierdolę, źle spojrzałam. Sorry :P

skomentuj (23)

Bez zbędnych dodatków 2012-01-08 18:39:04

Saute

Do mnie mów bo ja

Chcę Twoje słowa jeść
Do mnie mów bo tak
Najsłodsza staję się
I brzoskwiniowy mus
Z Twych słów mnie wypełnia
Jak księżyc znów
Gorąca pełnia
Mów niegrzecznie i
Opuszkiem dotknij tu
Niebezpiecznie chciej
Pod wodę wciągnąć mnie
Nie bój się, głód nas dziś przyciągnie
Czytaj mnie jak menu swobodnie

Dotknij
Uszczyp
Ugryź
Pośliń
Mus z twoich ust
Ja sauté
Szeptem
Krzykiem
Pieść

Dotykiem
Mus z Twoich ust
Ja sauté

Obok mnie dziś jest
Tu z nami pani E
Niewidoczna lecz
To za jej sprawą chcesz
Wypełniać mnie
Po brzeg pucharu
Lepki jest mus
Twych słów paru
Paru słów co mnie
Na szpilkach kładą w mig
Niebezpiecznych zdań
Z karty erotycznych dań
I znowu ten głód nas dziś przyciągnie
Zamów mnie jak z menu swobodnie

Dotknij
Uszczyp
Ugryź
Pośliń
Mus z twoich ust
Ja sauté
Szeptem
Krzykiem
Pieść

Językiem
Mus z Twoich ust
Ja sauté

Tagi: muzyka z głośnika

skomentuj (0)

niż 2012-01-06 22:30:23

Mam dziś doła jakiegoś, albo spadek formy ogólny. Eeee jakoś tak bezbarwnie dziś i nic nie zrobiłam, a dzień już się kończy. Dlaczego tak? Ostatnie minuty myślenia zmarnotrawię gapiąc się w telewizor. Rozmóżdżenie. Zły nastrój. 

Chui

skomentuj (0)

Królestwo za domowy rosołek! 2012-01-04 18:42:10

Zdycham. Ma to te dobre strony, że nie chodzę do pracy i, o ile akurat nie śpię bądź nie zdycham, mogę napisać notkę :) Choroby to dzień już któryśtam, a poprawy ni widu ni słychu. 

Mąż dziś pierwszy dzień w pracy, a zaraz po idzie na rytualnego, męskiego browara. Skutkiem tego mój dzisiejszy obiad, to pizza :) A marzę przecież o rosole, domowym, gotowanym na kaczce i z dużą ilością słodkiej marchewki. Ech czasy dzieciństwa... Jako tzw. dziecko słabowite znaczną część czasu z mojej podstawowej edukacji spędziłam w domu, pod kołderką, z miseczką domowego kisielu albo śmietankowego budyniu polanego sokiem z malin. W tym stanie przeczytałam wszystkie części Ani z Zielonego Wzgórza i zrobiłam swoje najbardziej udane rysunki. A dziś co? Kisiel co prawda ugotowany, z wiśni czarnych jak smoła, o ciemnym, intensywnym aromacie, ale na widok budyniu mój mąż wystawiłby mnie z łózkiem za drzwi. Z książkami już lepiej, bo pod ręką mam wszystkie skarby świateczne, ale i dawno nagromadzone tytuły, czekające na chwilę zapomnienia. 

Od kilku dni zapominam się przy Dehnelu. I jak zwykle w przypadku mojego ulubionego geja zapominać tak mogłabym się w nieskończoność, zerkając co jakiś czas na zdjęcie z okładki i.... zapominając się jeszcze bardziej niż przy lekturze. Tymczasem grubość stron pod palcem topnieje i zamiast tonąć, zagłębiać się w nim coraz bardziej, z rozpaczą zbliżam się do powierzchni, do powietrza, za którym zupełnie nie tęsknię. I już wiem, czując zbliżający się koniec, że jeszcze powrócę, wyciągnę za czas jakiś, czule zaginając palec na grzbiecie i przyciagając do siebie. Tradycyjnie obrócę w dłoniach, przesunę kciukiem, jak po wargach, i rozchylę dobierając się do kremowego wnętrza, do smakowitości każdego słowa i zdania. Smacznego, powinnam sobie powiedzieć, dopełniając rytuału odświętnej uczty. 

Bon appetit!

kobieta

PS chyba wyskoczę z domu po mleko i coś śmietankowego :P

skomentuj (6)

Magiczne czworokąciki 2011-12-11 22:15:33

Dzielenie życia we dwoje jest czymś niewiarygodnie pięknym. Gdy chłód bądź ciepło dłoniu studzi lub napędza emocje, wspiera, podtrzymuje. To dzielenie bez straty na wartości. Jednak po ostatnim weekendzie będę uparcie twierdzić, że dwójka dwójką, ale w czworokącie, to są dopiero rozkosze! 

Kaj i Sław już wyjechali, a ja nadal jestem przekonana, że stanowilibyśmy znakomitą komunę :D Nie znam innej kobiety, która z równym spokojem słuchałaby swojego męża odgrażającego się, że zaraz poliże jej koleżankę. Niewzruszona pozostała nawet przy fantazjach o smarowaniu stóp wasabi, na które ja zareagowałam zgoła odmiennie :D A przecież pozostają jeszcze wspólne śniadania, obiady i krwawe maryśki na mieście! 

Mając w pamięci rozkosze dnia minionego przesyłam słodkie buziaki!

Mi

skomentuj (0)

Pani zimna misa 2011-12-07 23:32:52

Podobno jestem zimna. I to już na pierwszy rzut oka! Zimna jednoznacznie, klasyczna i awangardowa. Hmm... żadna nowość w sumie. Ponadto prostokątna i beztaliowa... zdaje się, że już to gdzieś widziałam. Ale żem idealnie owalna czy też owal idealny, tom w najśmielszych marzeniach nie śniła. :P

Kurs wizażu. No i się dowiedziałam, żem zimna i szybko się zestarzeję. Tak na moje oko już trochę się spóźniam z realizacją planu :) 

kobieta nieodmieniona

skomentuj (0)

Time to say goodbye? 2011-12-04 23:18:14

Everytime we say goodbye, I die a little,
Everytime we say goodbye, I wonder why a little,
Why the Gods above me, who must be in the know.
Think so little of me, they allow you to go.
When you're near, there's such an air of spring about it,
I can hear a lark somewhere, begin to sing about it,
There's no love song finer, but how strange the change from major to
minor,
Everytime we say goodbye.

When you're near, there's such an air of spring about it,
I can hear a lark somewhere, begin to sing about it,
There's no love song finer, but how strange the change from major to
minor,

Everytime we say goodbye.

 

Rod Stewart, Natalie Cole

Tagi: muzyka z głośnika

skomentuj (0)

Gorsze strony życia? 2011-12-04 22:55:16

Pomyślałam, że ułatwię sobie życie i zamiast pisać maile napiszę notkę, będę miała mniej wysyłania... a miała zdaje się usiąść do pracy, czy nie tak mówiłam? 

Zaczęło się opisem drogi, procesem pokonywania granicy tego co prywatne i firmowe, łapaniem oddechu i kurczowym trzymaniem się samej siebie, a później ucichło. Pokonywanie strefy bezpaństwowej okazało się być wystarczające tylko w pierwszym miesiącu pracy, dziś jest to jedynie krótki odcinek drogi pokonywany w coraz to krótszym odcinku czasu. Nie będę nawet próbowała opisywać czym to dla mnie się stało i co to oznacza. Zaskakująca kostrukcja mojej firmy, w której wszyscy szalenie są sobie uprzejmi, a jednocześnie wszyscy trzęsą dupami nad przydziałami, kontrolami i zbliżającym się niechybnym, zawsze tym samym... opierdolem. Dotychczas miałam tylko okazję obserwować, nie uczestniczyłam. Jak długo jeszcze? A chuj wi! Energię mi to odbiera i napełnia jakimś idiotycznym przejęciem, przestrachem i niepewnością. Balansuję na jednej nodze, zamiast solidnie stanąć na obu. Niepewność, to ostatnio stałe uczucie. 

Nie sądziłam, że znielubię moją robotę w tak krótkim czasie. Nie moja jednak wina, przyzna każdy kto poznał choć część informacji zza kurtyny. Dość niech będzie tym, którzy nie słyszeli, że najczęściej pojawiającą się refleksją jest myśl od tym kiedy i jak nasłać na nich Inspekcję Pracy. Drugi miesiąc zleciał jakby go nie było, czas goni do przodu bez większego oddechu. Po pracy jazda, po jeździe obiad, sen i ciężka pobudka do pracy. Nie umiem się przestawić, albo zupełnie do niczego jestem. Nie funkcjonuję normalnie, bez energii i życia jestem. Maciek kiedyś mawiał "potrzeba mi spektakularnego sukcesu" i ja dziś podpisuję się pod tym wnioskiem. Potrzeba mi czegoś co doda siły i wiary w siebie. Nie tą misą jestem po trosze, lecz nie w tym znaczeniu, którego obawiał się TWP, nie zbiurwiłam się całkiem... hmm myślę, że nie zbiurwiłam się zupełnie, po prostu brak części mnie. Praca nad sobą i praca ze sobą - oto co mnie czeka w najbliższych miesiącach. A ja tego kurwa nienawidzę! :/

Brak mi życia na życie, na kochanków, na kawę z TWP, brak mi życia na siebie. Zagubiłam się gdzieś kurwa w tym wszystkim. Choćby to, że nie ma mnie tu, oznacza że nie ma mnie i tam, w rzeczywistości. Jestem gdy jestem, a gdy mnie nie ma, jest mazia. Blee. Doła, zmęczenie mam i myśl dominującą, że jutro do pracy :D Wiem, że musze się wziąć w garść, włożyć ostrogi i kopnąć się w dupę, tymczasem rozczulam się wciąż i pierdolę od rzeczy. Wiem, ale nie umiem, nie mam sił. Może to brak organizacji. Tyle rzeczy powinnam pchnąć do przodu, zadbać, zabrać się za nie po prostu. Działać! Tymczasem trwonię czas sama nie wiem na co, rozmieniam się na drobne, bezwartościowe działania. No dobra, przesadzam, nie jest aż tak źle. To znaczy jest źle, ale nie że wszystko co robię bezwartościowe. Dziś na przykład zwazyłam i wyszło mi, żem upiekła blisko 2 kg pierniczków :D O! a w nocy śnił mi się mój dawny szef, co to młodszy jest ode mnie i jakiś taki magicznie pociągający. Jezu, jaką ja miałam na niego ochotę, aż się zwolnić musiałam! Proszę jak działa umysł! Nigdy nie zapomina o niezałatwionych sprawach!

Gdyby w moim otoczeniu więcej takich... hmmm okazów było, to też lepiej by mi się żyło, a ja kurwa z samymi babami pracuję. Karma się kurwa odezwała! Zresztą w pracy panuje niemalże pełna dehumanizacja i zautomatyzowanie. Indywidualizm jest raczej na tzw. własną odpowiedzialność. ;) Zobaczymy co będzie teraz, gdy zmienią mi się obowiązki, może uda mi się wyrwać nieco z absurdalnego kieratu i stworzyć sama sobie warunki pracy. Może. 

Jakby wbrew temu wszystkiemu, w szczególności wbrew mojemu przybiciu, na mojej codziennej ścieżce co jakiś czas zdarzają się drobne cuda codzienności. Najwięcej było na początku. Gdy tylko zaczęłam pracę, to każdego niemal dnia zaskakiwał mnie, niczym zjawa bladoświta, Japończyk na hulajnodze. :) Zawsze o tej samej godzinie, gdy zatrzymywałam się na przejściu w oczekiwaniu na zielone światło, zza moich pleców niespodziewanie pojawiała się drobna postać w czerwonej, puchowej kamizelce. Pierwszy raz po prostu przestraszyłam się czegoś, co poruszało się z nieokresloną prędkością, za szybko na chód, za wolno i za cicho na rower. Trzeba było się przyjrzeć, by dostrzec, że pochylona sylwetka opiera się na kierownicy niewielkiej, dziecięcej hulajnogi, a między sobą i kierownicą skrywa jeszcze mniejszą, drobną osóbkę. Japończyk codziennie, zawsze w tym samym, czerownym kubraczku odwozi syna do przedszkola - po prostu musiałam się kiedys zatrzymać, zaryzykować drobnym spóźnieniem do pracy i poznać cel ich porannych wycieczek. A co najfajniejsze przedszkole owe jest moim widokiem z okna. A ostatnio, w najczarniejszej dupie przygnębienia, gdy zdołowana i przejęta szłam do pracy, w której nie wiedziałam co mnie zastanie, czy do reszty dam dupy i skompromituję się całkowicie, czy też sytuacja uratuje się jakimś niebieskim cudem, na mojej drodze stanęli robotnicy. Robotnicy codzień stoją na mojej drodze, bo chodzenie przez roboty drogowe, to chleb mój powszedni i często rano, gdy mijam się z nimi mam taką ochotę ich pozdrowić, rzucić dobrym słowem na resztę dnia tym, którzy go dużo wcześniej ode mnie zaczęli. Ostatecznie nigdy nie rzucam, ale nic to, rozkręcę się jeszcze, póki co w czarnej dupie jestem. A w dupie owej będąc szłam rano w takim robotniczym szpalerze, gdy jeden ze starszych przedstawicieli pozdrowił i z przesadną grzecznością przepuścił mnie w przejściu szerokim na trzy osoby. Uśmiech miał szeroki, życzliwy i figlarny, oświetlił mi dupę na kilka minut i dodał sił. A w pracy już cud się dopełnił i wszystko wyszło na prostą. 

I takie to moje do pracy chodzenie. Blado? Przydałoby się trochę więcej organizacji i zdecydowania. Może jeśli bogowie się zlitują, będzie lepiej. Póki co dostępność moja jest ograniczona. Dziś znów, mimo że pracować miałam, usiadłam i napisałam. Cóż, przynajmniej przez chwilę czuję, że żyję. Żałować będę od jutra, oby nie od 7 rano :P A na koniec mojego listu całuję mocno, których nie dane mi całować na żywo. W piątek mam wolne, może uda się uratować jakąś chwilkę dla życia między dentystą, dziekanatem, kajkoszami i jazdami. 

kobieta

skomentuj (0)

Misapieszczenie - relacja bezpośrednia z dnia drugiego 2011-11-27 13:08:20

Tym razem Tina, energetyczna i żywiołowa... you're addicted to love :) Dla tych, którzy słyszeli plotki jakoby Główny Inspektor Sanitarny zamknął mieszkanie nasze, jako stwarzające zagrożenie dla życia, prostuję, że są to wierutne kłamstwa! Na czas udało się nam przesłać zalakowaną kopertę ;) No dobra, a teraz pierdolniczki! See you later, Mi

skomentuj (3)

Misa pieszczenie - relacja bezpośrednia 2011-11-26 15:48:48

Mamy więc sobotę (ODZYSKANĄ!), sama w domu jestem. Na początku bałam się, że będzie mi smutno i przykro, że sama, że nudzić się będę. Ale gdzie tam! Ni chuja! Sama jestem i dobrze mi z tym. Piję herbatę różaną, zagryzam cukierki imbirowe made by Miś i nie zamierzam zmieniać nic. W tle Norah Jones i wirująca pralka, w dole kurz i kłaczki wędrujące. Zabieram się do ciasta na tartę. Zakasam rękawy, a gdy już będzie po wszystkim i obmyję dłonie, to znów się odezwę. Mi

Chłodzi się. Czas na pierniczki. Trzeba było wrzucić na grzbiet kurteczkę, założyć szybkobiegi i przejść do sklepu naprzeciwko, zwanego "sklepem A" bądź "Świstakiem" po kostkę margaryny. A teraz decyzja, co najpierw, mufiny czy pierniczki? Stolnica rozstawiona, więc może jednak... Przepisy prawdę powiedzą!

PS Boję się, że Bi, zorientowawczy się, że siedzę sama w domu, bez obstawy, nawiedzi mnie i zagłuszy mą ciszę błogą. Także razem z pieczeniem modły zanoszę do nieba o ciszę, o spokój, bo intymności mi trzeba! Pralka się kurwa wyłączyła :/ Trzeba rozwiesić. 

Ale po białe wytrawne, to mógłby ktoś skoczyć, co? PROSZĘ! z dostawą do domu :) Poczęstuję tokajem :P Kolejność: muffiny, tarta, pierniki. My toes just touch the water...

Przepis. Muffiny gruszkowe rozpoczynamy od przeglądu owoców, wybieramy najdorodniejszą, pachnącą gruszkę i wbijamy w nią zęby. Pozwalamy uwolnionym sokom spływać kącikami ust, ku brodzie. Grzbietem dłoni wycieramy lepki sok, spijamy ze skóry i pałaszujemy dalej, aż poczujemy kwaskowaty smak torebki nasiennej. Dalej, jak to woli. :)

Come away with Mi na obiad... Aromatyczna tarta warzywna z pleśniowym serem i ziołami, ech i tylko tego wina białego brak :( Piecze się. Do tarty będzie jeszcze sałatka, a na deser muffiny. Po wszystkim, o ile zachowam jeszcze jakąś zdolność motoryczną ciała, pierników pieczenie. Mi

Jeszcze tylko dodam, że nie wiem jak smakować będzie, ale zdecydowanie najpiękniejsza jest z wszystkich dotychczasowych. Chwała niech będzie jej zielonej urodzie! Piękna! 

Powiem Wam, że tarta nie odstaje smakiem od wyglądu. Jest po prostu pięknem idealnym, harmonicznym! Gdyby jeszcze wino było... uuu rozmarzyłam się :) Na mufiny brak miejsca, trzeba poczekać, trzeba odpocząć. Komputer pod pachę i na łóżko! 

skomentuj (1)

Dobre strony życia? 2011-10-30 22:12:42

Mieć telewizję i obejrzeć wspólnie Taniec z gwiazdami :)

kobieta

skomentuj (0)

Mufin nie mafin 2011-10-30 20:08:04

Muffin to słowo, które ma dla mnie najdziwniejszą historię lingwistyczną. Najpierw muffin był mufinką. Dodajmy, że niemal wszędzie u początku swej polskiej kariery był mufinką i wszyscy mówili mufinka. Później pojawili się kalaczakrowi językowi puryści i mufinka zmieniła płeć na mufina! Nie powiem, żeby mi ta zmiana lekko przyszła, bo ja w ogóle zmian nie lubię, szczególnie gdy mnie ktoś publicznie poprawia! Przyzwyczaiłam się jednak, kupiłam foremki i zaczęłam piec swoje własne pyszne mufinki i mufiny. Mufin tu mufin tam, mufin jeden za drugim, pieczone na potęgę i w niezliczonych ilościach... aż tu kurwa! A no właśnie, właśnie! Otworzyli mufiniarnie... to znaczy, pardon, MAFINIARNIĘ - bo tak się teraz mówi! A w mafiniarni kupuje się mafiny... I wiecie co? Ja już mam po dziurki w nosie tych mafin i mafinów, i nie powiem, gdzie sobie mogą je wszyscy miłośnicy powsadzać, o!

U mnie piecze się i je wyłącznie mufiny i mogą mnie wszycy w mufina pocałować!

misa-san

skomentuj (5)

Misa's resurrection 2011-10-28 22:30:52

Jestem gdzieś pomiędzy zmęczeniem, szczęściem i bólem głowy. Napisać, że czuję się cudownie, to z jednej strony lekka przesada, z drugiej byłoby to w sprzeczności z faktem, że jutro pracuję. A jednak niecodziennie mi i bardzo euforycznie. Po kilku ciężkich nocach w końcu spałam (wbrew temu co się niektórym wydaje to nie jest takie oczywiste),  nieprzerwanie i dobrze od momentu zaśnięcia aż do dźwięku budzika! Dzwięku rozkosznego w obliczu poprzednich kilku nocy i dni. I żyję, mam dwie ręce i dwie nogi, a do tego głowę też mam, co mnie nie boli i nie doskwiera (choć ciąży czasami), a pomiędzy mam brzuch co mnie nie napierdala i krew, co nie leci mi z nosa. Tylko włosy wypadają garściami, ale że się nie czeszę, to nie czuję, nie widzę, ignoruję.

Wrażeń mam od chuja i nic czasu do pisania, ni sił. A jeśli mam wybrać pomiędzy pisaniem i spotkaniem, to nie waham się długo. I jakoś mnie wszystko napawa radością i optymizmem dziś. I żyć mi się chce i pracować, piec, uczyć, a co więcej, wiarę mam, że wszystko się uda. I siłę mam i w dupie mam całą resztę, którą w dupie mieć należy.

A jutro? Jutro jest kawą w Małpach po pracy, czarnym ulepkiem na ustach i zakupami w feniksie.

Niech się sobotni dzień swoboci!

Mi

skomentuj (1)

Mi 2011-10-27 21:56:12

nie mam siły

PS i do dupy ze wszystkim. Ide spac

skomentuj (5)

Errata! 2011-10-16 12:43:40

B Y W A  burakiem :D

mi 

skomentuj (5)

Księga Gości